Góry, woda, szutrowe drogi i stare mury
Udostępnij
Pireneje, Biarritz, Picos de Europa i Carcassonne
Kolejna podróż. Więcej kilometrów. I kilka nowych rys na kopercie.
Tym razem trasa wyglądała następująco: Pireneje, potem Atlantyk i Biarritz, następnie Picos de Europa, z krótkim historycznym przystankiem w Carcassonne w drodze powrotnej.

Była to wyprawa zbudowana wokół mieszanki wszystkiego, co lubię najbardziej: gór, bezkresu wody, szutrowych dróg, dobrych hoteli, natury, historii i po prostu bycia w drodze.
Po kilku dniach spędzonych w kurzu górskich szlaków w Pirenejach zaplanowaliśmy krótki odpoczynek nad Atlantykiem. Stamtąd ruszyliśmy w stronę kolejnego pasma górskiego na piesze wędrówki, by zakończyć wyjazd odrobiną niezwykłej średniowiecznej historii.

Zacznijmy od...
Pireneje - z dala od głównych dróg
Przez Pireneje podążaliśmy mniej więcej trasą Adventure Country Tracks. Zamysł nie polegał na odtworzeniu jej punkt po punkcie. ACT było raczej ramą podróży i dobrym pretekstem, by zjechać z asfaltu. Podzielonym na porcje - 5 dni. Całość zajęła nam 7 z wizytą w Andorze.

Szutrowe drogi, wysokie przełęcze, doliny, małe hiszpańskie miasteczka i miejsca, do których prawdopodobnie nie trafiłbyś przypadkiem.
W takich miejscach przypominam sobie, dlaczego tak bardzo lubię podróżować – niezależnie od tego, czy motocyklem, czy samochodem 4x4. Nie dlatego, że to najszybszy czy najwygodniejszy sposób przemieszczania się. Wręcz przeciwnie. Po prostu czujesz się bliżej miejsca, przez które podróżujesz.

Jednym z powracających motywów tej wyprawy były sępy. Pojawiały się nad nami regularnie – wysoko nad pirenejskimi zboczami, czasem pojedynczo, czasem krążąc w grupach. Niekiedy siedziały nawet na przydrożnej barierce.
Kilka dni później natknęliśmy się na nie ponownie w Picos de Europa. W pewnym sensie stały się stałym elementem krajobrazu podczas całej podróży.

Biarritz – zmiana tempa
Po górach przyszedł czas na wodę.

Biarritz było krótką przerwą: okazją do odpoczynku nad Atlantykiem, zjedzenia czegoś dobrego i spróbowania surfingu. Po kilku dniach kurzu, zakrętów, górskich dróg i dzikiego biwakowania, taka zmiana tempa była dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy.

Lubię ten kontrast w podróży. Jednego dnia szutrowe trakty, prysznic pod chmurką i wysokogórski biwak, następnego hotel, ocean i nieco bardziej cywilizowane tempo. Nie każda przygoda musi być ekspedycją survivalową.

Był to też nasz pierwszy w życiu kontakt z surfingiem – i zdarzyło nam się to w miejscu powszechnie uważanym za jedną ze stolic europejskiego surfingu.
Picos de Europa
Stamtąd ruszyliśmy w stronę Picos de Europa.


To stosunkowo niewielkie pasmo górskie, zwłaszcza po przebyciu Pirenejów. Ale rozmiar zdecydowanie nie jest tu najważniejszy. Picos są strome, dramatyczne i niezwykle malownicze. Głębokie doliny, pionowe skalne ściany i kręte drogi sprawiają, że krajobraz potrafi zmieniać się niemal za każdym zakrętem.


Jednym z miejsc, które najlepiej oddaje skalę tych gór, jest Ruta del Cares. Szlak jest wykuty wysoko w skalnych ścianach, prowadząc przez wąwóz z rzeką płynącą głęboko w dole.



To zupełnie inny sposób doświadczania gór niż z siedzenia kierowcy czy też pasażera – wolniejszy i bardziej czasochłonny, ale zdecydowanie warto było coś urozmaicić.
Przejście go w jedną stronę zajmuje dobre cztery do pięciu godzin. Samochodem dotarcie na drugą stronę oznacza przejechanie około 150 km dookoła masywu górskiego. To pokazuje jak dzikie są te góry i jak minimalistyczna jest tu infrastruktura drogowa.

Kolejnym punktem programu było Fuente Dé i imponująca kolejka linowa, która w kilka minut zabiera cię z zielonego dna doliny wysoko w skalisty krajobraz Picos. Sam przejazd robi wrażenie, ale dopiero na szczycie naprawdę rozumiesz, jak nagle te góry wyrastają z dolin.


I znowu – sępy.
Krążąc wysoko nad skałami, wyglądały jak naturalny element krajobrazu. Ten sam obraz, który towarzyszył nam przez Pireneje, pojawił się ponownie, kilkaset kilometrów dalej.

Drobny szczegół, ale to często rzeczy, które najlepiej pamięta się z podróży. A usłyszenie ich gdzieś w oddali, w otoczeniu kompletnej ciszy... bywa nieco niepokojące.

Zwłaszcza kiedy masz przy sobie dobry aparat z teleobiektywem i uda ci się wspiąć na tyle wysoko, by znaleźć się powyżej nich.
Carcassonne – kilka godzin w innej epoce
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się na jedną noc w Carcassonne.

Po tylu dniach spędzonych głównie w otoczeniu natury, spacer wzdłuż średniowiecznych murów był fajnym zakończeniem wyprawy.
Lubię takie miejsca "po drodze". Nie zawsze trzeba planować całą podróż wokół jednego zabytku. Czasem wystarczy zatrzymać się na noc, zostawić samochód i po prostu powłóczyć się przez kilka godzin bez większego planu. W przypadku Carcassonne - to jak przenieść się w czasie.

Góry, ocean, szutry i wiekowe mury łatwo mogą zmieścić się w jednej podróży. Jeśli tylko masz wystarczająco dużo czasu...
Zegarki w tle
Oczywiście zegarki Nadir Vespera GMT były z nami. Ale nie była to podróż „pod zegarek”, ani sesja zdjęciowa rozciągnięta na kilka tysięcy kilometrów.
Zegarek był dokładnie tam, gdzie moim zdaniem powinien być – na nadgarstku, jako część codziennego ekwipunku. Kurz, woda, słońce, pot, zmieniające się temperatury. Jeszcze kilka rys na kopercie.

I pod koniec wyjazdu to charakterystyczne białe odbarwienie na opalonym nadgarstku po zdjęciu zegarka.
Każdy zegarkowy świr zna to doskonale.
Oczywiście można próbować utrzymać zegarek w idealnym stanie. Myślę jednak, że coraz bardziej zaczynam doceniać te drobne ślady użytkowania.

I być może właśnie dlatego zegarki mechaniczne tak dobrze pasują mi do podróżowania. Są trochę staroświeckie i całkowicie zbędne w świecie telefonów, GPS-ów i elektroniki.
A jednak wciąż je ze sobą zabieram. Bardzo doceniam to, że mogę łączyć rodzinne wakacje z tworzeniem treści na Instagram czy tę stronę. Przychodzi to naturalnie. A ruch nadgarstka utrzymuje mechanizm "naładowany"...

Kolejna podróż. Więcej miejsc. Więcej rys. A ja już myślę o tym, dokąd pojechać następnym razem.