Podróż Motocyklem przez Maroko z Vesperą GMT
Udostępnij
Tydzień. Trzech motocyklistów. Dwa zegarki rotujące na nadgarstku — Vespera GMT Ember i Dark.
Oraz Maroko. Rozległe, nieprzewidywalne, ciągnące się daleko poza horyzont. Od oceanu pełnego surferów, przez góry Atlasu Wysokiego, aż po Saharę. To nie była zwykła podróż. To był test wytrzymałości i ciekawości.

Przylot - Agadir
Wylądowaliśmy w Agadirze ze sprzętem motocyklowym spakowanym do rollbagów i kaskami w rękach. Bez przesadnego planowania, bez "nadmiaru" - tylko to, co potrzebne. Motocykle? Royal Enfield Himalayan - proste, wytrzymałe i idealnie dopasowane do tego, co miało nadejść. Ten mały wół roboczy naprawdę potrafi znieść łomot. Dokładnie tak jak dwa egzemplarze Vespera GMT schowane, gdzieś w bagażu.

Góry Atlas
Po kilku godzinach byliśmy już w drodze. Pierwszym celem były góry Atlas. To nie jest miejsce, które oferuje jeden krajobraz - ono oferuje ich dziesiątki. Każda przełęcz zmienia scenerię: surowe, księżycowe, szare zbocza wyrzeźbione przez erozję, nagłe wybuchy zieleni prawie w śródziemnomorskim klimacie, śnieg blokujący drogę na wysokości 3005 metrów przy Tizi Nait Hmed, imponujące punkty widokowe jak Vue panoramique Sur la Cathédrale, głębokie kaniony i niespodziewane przeprawy przez rzeki. Od 33 do 10 stopni.

Jazda tutaj oznacza ciągłe dostosowywanie się. Teren, temperatura, rytm - wszystko się zmienia. Przez dwa dni jechaliśmy odcinkami Trans Moroccan Trail - technicznymi, odległymi i bezkompromisowymi. Sekcje N i O wymagały skupienia i odpowiedniej dozy szacunku.

Nieoczekiwany przystanek – Gas Haven
Po drodze zatrzymaliśmy się w miejscu, którego nie planowaliśmy odwiedzać - Gas Haven. Wygląda jak mała, stara stacja benzynowa gdzieś na… amerykańskiej pustyni. W rzeczywistości to plan filmowy zbudowany na potrzeby filmu "Wzgórza mają oczy" w reżyserii Alexandre’a Aja z 2006 roku.

Miejsce powstało po to, aby przypominać odległy przydrożny bar ze stacją w USA. Po zakończeniu zdjęć scenografia została na miejscu. Z czasem - minęło już 20 lat - pustynia zaczęła powoli ją przejmować, ale ogólna konstrukcja i stare amerykańskie samochody wciąż są wyraźnie rozpoznawalne.
Najbardziej uderza to, jak bardzo to miejsce jest wyrwane z kontekstu. Przez wiele godzin jedziesz przez Maroko - góry, wioski, otwartą przestrzeń - i nagle patrzysz na coś, co równie dobrze mogłoby stać w Nevadzie albo Arizonie.

To nie jest wielka atrakcja i nie ma tam zbyt wiele „do robienia”, ale zdecydowanie warto zatrzymać się na chwilę. Espresso z ekspresu mobilnego zaparzone pod gołym niebem, w takim miejscu smakuje wyjątkowo dobrze.

W stronę pustyni – Merzouga
Ostatni etap zaprowadził nas do Merzougi - i dalej. Sekcja K Trans Moroccan Trail: 123 km przez otwartą pustynię. Drogi mają tam tendencję do znikania pod ruchomym piaskiem. Brak oznaczeń. Upał. Wyschnięte koryta rzek, po których motocykl nie chce płynąć po powierzchni. Wymagające. Przez długi czas walczyliśmy z miękkim piaskiem. Do tego stopnia, że maszyny musiały czasem odpocząć.


Minęliśmy pozostałości tak zwanego „portugalskiego więzienia” - dziwnego i odizolowanego punktu pośrodku niczego. Naturalna formacja skalna, która po dobudowaniu kawałka muru z jednej strony mogła pełnić funkcję naturalnego więzienia, otoczonego z pozostałych stron ponad 15-metrowymi klifami. Przypomnienie, jak wielowarstwowa i złożona jest ta ziemia i jej historia.

Ludzie
Poza krajobrazami Maroko najlepiej poznaje się przez jego mieszkańców. Małe pasterskie wioski pojawiają się tam, gdzie najmniej się ich spodziewasz - z niewielkimi sklepami i skromnymi pensjonatami. Bez szyldów, bez reklam - po prostu otwarte drzwi dla podróżników.

Gospodarze sami przygotowują kolację. Wolno gotowany tajin, jedzony po długim dniu off-roadu, Zawsze obecna herbata, smakuje lepiej niż cokolwiek zaplanowanego. Jest tam cicha gościnność - szczera i autentyczna. Nie znająca żadnej bariery językowej.

Motocykl - rotomat
Jest też szczegół, którego większość osób pewnie by nie zauważyła. Na długich odcinkach po nieutwardzonej nawierzchni, gdy zegarek leży w rolce przymocowanej do siedzenia, motocykl staje się naturalnym rotomatem. Dynamiczny ruch podczas jazdy po skalistym terenie wystarcza, żeby mechanizm pracował cały czas, w pełni nakręcony.

Vespera GMT nie tylko mierzyła tę podróż - ona w niej uczestniczyła. Nakręcała się kilometr po kilometrze, zsynchronizowana z rytmem silnika i strefą czasową.

Tutaj dystans czuje się inaczej. Tak jak i czas.
Wytrzymałość - człowiek i maszyna: Trzech motocyklistów. Bezkresne horyzonty. Kurz, śnieg, skały i piasek. Vespera GMT Ember i Dark rotowały między nadgarstkami - wystawione na upał, chłód, wstrząsy i ciągły ruch. I gdzieś pomiędzy szczytami Atlasu a wydmami Sahary to motto brzmi wyjątkowo trafnie:
Adventure is everything. Everything is an adventure.






